21 kwietnia 2018, imieniny obchodzą: Bartosz, Feliks, Konrad, Anzelm

21°
Bielsko-Biała
21.04.2018
  • Wilgotność: 32%
  • Wiatr:zach 2km/h

jutro: 21°pojutrze: 24°11°
artykul,tortury_jak_we_„wscieklych_psach”,63688.htmltortury_jak_we_„wscieklych_psach”

Na sygnale

2018-04-13 12:31 (Komentarze: 6)      

Tortury jak we „Wściekłych psach”


Przed Sądem Okręgowym w Bielsku-Białej rozpoczął się proces trzech bielszczan, oskarżonych o zabicie ze szczególnym okrucieństwem rencisty z Komorowic. 48-latek został poddany przerażającym torturom i się wykrwawił. Mężczyznom grozi dożywocie. Nie przyznają się do winy.

Nieludzkie tortury

19 października 2016 roku tuż po północy w domu samotnego mężczyzny przy ulicy Katowickiej pojawili się trzej mężczyźni z bogatą przeszłością kryminalną. Byli nimi - jak ustalili śledczy - dwaj bracia - 28-letni obecnie Paweł R. i 36-letni Leszek R. oraz ich wspólnik 39-letni Radosław C. Pierwszy z nich miał na koncie wyrok za jazdę po pijaku i dożywotni zakaz kierowania pojazdami. Dwaj ostatni są recydywistami. Byli skazywani za kradzieże, włamania i rozboje. Bandyci sądzili, że bielszczanin zgromadził spory majątek. Żeby się dowiedzieć, gdzie jest ukryty, zaczęli go torturować. Byli wyjątkowo brutalni i bezlitośni. Część zastosowanych przez nich tortur przywodzi na myśl krwawy film Quentina Tarantino „Wściekłe psy”. Na koniec zabrali kilka przedmiotów, kilkadziesiąt złotych i samochód mieszkańca. Jego samego zostawili. Skatowany mężczyzna zmarł zanim przybyła pomoc.

22 marca wszyscy trzej stanęli przed Sądem Okręgowym w Bielsku-Białej, o czym krótko pisaliśmy tutaj. Grozi im dożywocie za dokonanie zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem. Prokurator Wojciech Podsiadło ze szczegółami opisywał obrażenia, jakie miał 48-letni mieszkaniec Komorowic i co doprowadziło do jego śmierci. Wyliczanie tortur, jakim był poddawany 48-latek przyprawia o dreszcze i wywołało niemałe poruszenie w sali sądowej. Mężczyzna był bity pięściami i kopany dosłownie po całym ciele. Nożem odcięto mu prawe ucho i fragment policzka. Miał połamane żebra i krwiaki, w tym na mózgu. Sekcja wykazała liczne rany tłuczone i cięte całego ciała, w tym głowy. Koszmarnie poraniony bielszczanin był oblewany benzyną. Prokuratura będzie dowodzić, że zadawano mu rany jakimś twardym narzędziem. - Ze szczególnym okrucieństwem pozbawili go życia. Zmarł w wyniku ostrej niewydolności krążeniowo-oddechowej. Miał znaczną utratę krwi z ran ciętych i głowy - stwierdził przedstawiciel Prokuratury Rejonowej Bielsko-Biała Północ.

Zginął dobry człowiek

Przed sądem zeznawali członkowie rodziny mieszkańca Komorowic. Sędzia Wojciech Paluch przychylił się do ich wniosków o to, aby nie musieli być przesłuchiwani w obecności oskarżonych. Mówili, że ich bliski był dobrym człowiekiem, lubianym w swoim środowisku. Miał wiernych przyjaciół i grono znajomych. Choć nie żył z członkami najbliższej rodziny, to był z nimi w stałym kontakcie i nie szczędził pieniędzy na ich utrzymanie. Na zewnątrz zawsze sprawiał wrażenie pogodnego, ale zmagał się ze stanami depresyjnymi. Zajmował się kowalstwem artystycznym i miał stosunkowo dobre dochody, ale pięć lat przed śmiercią uległ wypadkowi. Miał kontuzję kolana i z trudem się poruszał. Wtedy zrezygnował z pracy. Żył z renty i inwestowania na giełdzie. Z czasem jego charakter się zmienił. Z ostrożnego człowieka zamienił się w bardziej otwartego i niezorganizowanego. Miał problemy z alkoholem, przez co zdarzało się, że zasypiał w domu i nie zamykał nawet drzwi. Kilka miesięcy przed śmiercią wynajmował pokoje w domu, w którym w tym czasie mieszkał sam. Jednym z jego lokatorów przez krótki czas był późniejszy oprawca Paweł R. Pewnego dnia odwiedził go w tym miejscu drugi z napastników - brat Pawła Leszek. Jak mówił przed sądem Paweł R., odpowiadając na pytania swojego adwokata, mieszkaniec Komorowic pił codziennie, ale nigdy z nim, i czasem był w takim stanie, że trudno się było z nim porozumieć. Stwierdził, że czasem pomagał mu się pozbierać z podłogi. W prokuraturze zeznawał, że widział, iż właściciel posesji ma w garażu elektronarzędzia. Sądził, że może mieć w domu od półtora do dwóch tysięcy złotych. Dobrze wiedział, że gospodarz albo nie zamyka drzwi i furtki, albo zostawia uchylone okno, przez które można wejść do środka. Przyznał, że stosunki z gospodarzem układały się na tyle dobrze, że on oddawał mu drobne przysługi, a ten z kolei bez problemu pożyczał mu swój samochód.

Pili, ćpali, rabowali

Wszyscy trzej oskarżeni mieszkali w rejonie osiedla Wojska Polskiego w Bielsku-Białej. Mają wykształcenie podstawowe lub zawodowe. Paweł R. jest kawalerem, ma jedno dziecko i ostatnio pracował dorywczo. Jego starszy brat, Leszek R., też pracował tylko dorywczo. Ma dwóch synów. Radosław C. ma czworo dzieci i całkiem nieźle zarabiał jako malarz-tapeciarz. Pierwszy z mężczyzn był skazany za jazdę pod wpływem alkoholu i miał dożywotni zakaz kierowania pojazdami. Dwaj kolejni - z powodu rabunków - spędzili za kratami długie lata i teraz odpowiadają w warunkach recydywy.

Żaden z oskarżonych nie przyznaje się do winy. Uważają się za winnych co najwyżej rozboju i pobicia. Leszek R. i do tego do końca się nie przyznaje. Odpowiadając na pytania swojej adwokat mówił tylko, że przyjechali do Komorowic co najwyżej z zamiarem kradzieży i nie chcieli używać przemocy. Bronił się tym, że był pijany jak bela i nie kojarzył ani miejsca, ani zajścia. Nie zapamiętał nawet wyglądu ofiary i tego, czy bił. Mówił, że miał tylko „przebłyski” z przebiegu zdarzeń. Adwokat zachęciła go do mówienia o swoim urazie ręki i jej niepełnej sprawności, co zapewne miało sugerować, że nie mógł przynajmniej tą ręką zadawać ciosów. - Nie przyznaję się do zabójstwa. Żaden z nas tego nie planował. Nawet przez myśl nie przeszło, że coś takiego może się stać. Mieliśmy wziąć pieniądze i wyjść - przekonywał Radosław C. - Bardzo żałuję, że poszedłem. To miał być zwykły „wjazd”, nikt nie planował zabicia - dodawał przed sądem.

Codzienne życie całej trójki to ciąg patologicznych zachowań. Bracia znali się z Radosławem C., bo pracowali u niego na budowie przy ulicy Spółdzielców. Mówią, że bardzo się polubili. Wszyscy pili na potęgę, a - jak mówił Radosław C. - zażywali też narkotyki. Leszek R. wyznał, że był w kilkutygodniowym alkoholowym ciągu. Feralnego dnia cała trójka wspólnie pracowała. Od rana raczyła się piwem najtańszych marek. Do końca dniówki opróżnili po około osiem puszek. Po pracy - kolejnych kilka, a „na deser” jeszcze na spółkę dwie flaszki wódki. Kończyli butelkę „Żubrówki” jeszcze wtedy, gdy do Komorowic jechali taksówką. Kierowca nie widział przeszkód. Z zeznań najstarszego wynika, że tego dnia zażywali też narkotyki, a konkretnie „kryształy”. Bracia jednak temu zaprzeczają. Według nich, zażywali je, ale poprzedniego dnia.

Opędzlować z kasy

Z zeznań całej trójki wynika, że to Paweł R. zaproponował napad na gospodarza. - Paweł rzucił temat, że ma gościa do opędzlowania z kasy. Ni stąd, ni zowąd wystrzelił takie hasło. To był taki spontan. Poszliśmy tylko w celu kradzieży. Paweł wiedział, że gość ma pieniądze - relacjonował śledczym jego brat. Około północy cała trójka skończyła pić przy ulicy Spółdzielców i poszła po wódkę na stację benzynową w rejonie ronda Niemena. Tam miała zapaść ostateczna decyzja o wyjeździe do Komorowic. - Paweł zadzwonił po taksówkę, zapłacił za nią i pilotował. Ja nie znałem tego miejsca. Wysiedliśmy 150 metrów od domu - opowiadał śledczym Radosław C.

Szczegóły tego, co zaszło w domu przy ulicy Katowickiej znane są głównie z wcześniejszych zeznań Radosława C. i Pawła R., bo trzeci napastnik z reguły zasłaniał się niepamięcią. Relacje obu mężczyzn mają jednak szereg rozbieżności, przy czym oskarżają się nawzajem o pełnienie kluczowej roli w katowaniu 48-latka. Pijani mężczyźni nawet nie pamiętali dokładnie, czy na teren posesji dostali się przeskakując przez płot czy wchodząc przez otwartą furtkę. Radosław C. i Leszek. R. mówią, że drzwi do domu, niezamknięte na klucz, otworzył Paweł R. i wszedł pierwszy. Od razu rozbiegli się po budynku, szukając wszystkiego, co mogło mieć jakąś wartość. Choć we wnętrzu siali istne spustoszenie i tłukli wyposażenie, znajdywali tylko niewiele warte przedmioty i drobną gotówkę. Rzucili się więc na właściciela, który w tym czasie spał na piętrze. Sprawcy o tym wiedzieli, bo słyszeli głośne chrapanie. W końcu postanowili się za niego wziąć. Radosław C. zeznał, że Paweł R. usiadł na nim okrakiem i zaczął zadawać serię ciosów pięściami w twarz i tułów. - Ja szukałem rzeczy, a Paweł go tłukł. Leszek przytrzymywał gościa i dawał kuksańce od czasu do czasu - relacjonował. Swoją rolę Paweł P. zapamiętał inaczej. - Też go uderzyłem. Kopnąłem go w rękę jak leżał na ziemi. Radek mówił, że obciął mu ucho i chwalił się, że skakał mu po głowie. Najwięcej obrażeń miał przez Radka. Widziałem, jak mocno kopał go po głowie. Prawą nogą. Z pięć razy. Brat bił pięścią - zeznawał. - Pytałem gościa, gdzie ma kasę, a on, że nie ma. Ja: żeby głupot nie opowiadał. Uderzyłem go z buta w okolice uda. Mówił, że jutro da. Nie wiem, skąd wziął mi się nóż w ręce. Do smarowania masła. Nie przyszliśmy z nożami. Myślałem, że go przestraszę. Chwyciłem za ucho, nie pamiętam które. Tak pociągnąłem za ucho nożem, że odciąłem. Na przewróconej lodówce była bańka. Poczułem, że to paliwo... - nieskładnie relacjonował śledczym Radosław C. Benzyną najpierw próbował rozpuścić plamę krwi na podłodze, na której znalazł się odcisk jego buta. Przyznał, że oblał też 48-latka. Na koniec miał do niego krzyknąć: „A ty, k..., leż!”. - Jak ciąłem mu ucho, to nie krzyczał. Patrzył tylko na mnie. Oni dalej go okładali - mówił. Ale nie widział, by ktoś użył przeciwko gospodarzowi młotka lub tłuczka.

Wykrwawił się

Sprawcy przyznali, że skatowany mężczyzna wyglądał koszmarnie, miał rozbitą twarz, a wokół było pełno krwi rozmazanej przez ich buty. - Miał bardzo posiniaczoną twarz. Ale był przytomny. Odpowiadał na pytania o pieniądze. Nie do końca wyraźnie, ale sensownie. Najpierw był na łóżku, a potem na ziemi. Próbował się podnosić. Zostawiliśmy mu telefon, by sobie zadzwonił na pogotowie. Nie przewidziałem, że nie zadzwoni. Dwa dni później zastanawialiśmy się, czy już złożył zeznania, czy jeszcze jest w szpitalu - mówił Radosław C. - Radek klęczał przy nim, krew była wszędzie. Powiedziałem, że uciekamy. Chyba żył, miał całą głowę zakrwawioną - wyjaśniał Paweł R. - Nie myślałem racjonalnie, nie myślałem, że ma takie obrażenia, że może umrzeć. Myśleliśmy, że zadzwoni po karetkę. Nic nie świadczyło o tym, że coś takiego się stanie. Próbował się podnieść, jak wychodziliśmy. Trzymał ręką łóżko. Charczał, ale mówił - dodawał.

Paweł R. przygotował do odjazdu dacię duster, należącą do umierającego mężczyzny. Po złożeniu tylnych siedzeń załadowali między innymi rower, laptopa, aparat fotograficzny i wykaszarkę. Wzięli też około 80 złotych. Wraz z samochodem, wszystkie straty wyceniono na 13 tysięcy złotych. Działali chaotycznie. Za kierownicą samochodu usiadł Paweł R., który nie dość, że był pijany, to ma dożywotni sądowy zakaz wsiadania za kółko. Nie potrafił nawet wyjechać z posesji i zniszczył po uderzeniu w bramę bok pojazdu, w tym tylne koło. W trakcie jazdy przez Stare Bielsko mężczyźni złapali kolejną gumę. Nie pomogła próba dopompowania kół na stacji w rejonie ulicy Bohaterów Monte Cassino. Na ulicy Wodnej samochód odmówił posłuszeństwa. Za nic nie chciał podjechać pod górę. Radosław C. wyciągnął z bagażnika rower, wziął pod pachę laptopa i pojechał do domu, łupy chowając do piwnicy. Leszek R. uciekł z wykaszarką w ręku i noc spędził na budowie przy ulicy Spółdzielców. Obaj jeszcze słyszeli, jak Paweł R. próbował podjechać pod górę, ale zakończyło się to głośną kolizją. Jak się później okazało, rozbił samochód na drzewie i porzucił.

Wpadli razem

Gdy cała trójka się wyspała, dzień spędziła po swojemu. Racząc się alkoholem. Tego samego dnia, rankiem, pokiereszowane ciało mieszkańca Komorowic odkrył jego kolega. O zabójstwie zrobiło się bardzo głośno w całym mieście, ale napastnicy przekonywali przed sądem, że o zgonie swojej ofiary dowiedzieli się dopiero od policjantów. Wpadli wszyscy razem, gdy jeszcze kolejnego dnia rano udawali się na budowę na osiedlu Wojska Polskiego. - Gdy się obudziłem po wszystkim, byłem zdziwiony, że obok mnie leży wykaszarka. Żałuję, że tam pojechaliśmy. Nie wiem, czy to wina alkoholu czy adrenaliny. Od policji dowiedziałem się, że to była jatka - mówił Leszek C. - W ogóle nie potrzebowaliśmy pieniędzy, bo Radek płacił w miarę regularnie - dodał. Choć przyznał, że każdy dodatkowy zastrzyk gotówki jest wskazany.

Cała trójka od prawie półtora roku przebywa w areszcie śledczym i tak - z uwagi na możliwy wysoki wyrok - zapewne będzie do końca procesu. Kolejna rozprawa odbędzie się jeszcze w kwietniu.

mk

Powiaty: Bielsko-Biała

Skomentuj

Treść:*
Nick:*
9-3=*

justek, 2018-04-13 godz. 21:53
Nie sądzić tylko łeb uwalić i do gnoja.
ustroniak, 2018-04-13 godz. 20:02
i to sie dzialo naprawde??? TO trzeba eliminowac ze spoleczenstwa i to w trybie natychmiastowym.... brak slow....
436457, 2018-04-13 godz. 19:41
Jebane śmiecie, elementy społeczne. Powinni dostać 10 lat ciężkich robót w kamieniołomach, bez wody, bez jedzenia, bez pomocy, żeby się zapracowali na śmierć. Gardzę takimi śmieciami!
ząb mnie boli, to boli, 2018-04-13 godz. 18:20
Obciąć ręce i kogi w kolanach. Wywalić w lesie i niech się martwią.
Oz, 2018-04-13 godz. 16:34
W Polsce powinna być śmierci. Śmierć za śmierć !!!!
Beti, 2018-04-13 godz. 13:15
Że tacy ludzie mieszkają obok nas, włos się jeży. Teraz będziemy ich utrzymywać...
OK, zamknij